Restauracje
Przy ulicy Charlesa Bukowskiego ciągnął się sznur kawiarni, kafejek i restauracji – jedna była piękniejsza od drugiej. Ocenić je można było powierzchownie, już bowiem na pierwszy rzut oka widać było, czy potencjalnego klienta stać na to, aby przekroczyć próg danego lokalu. Te bardziej ekskluzywne onieśmielały, niektórzy tylko w przypływie fascynacji przystawali przy oknach i oglądali w niemym zachwycie wystrój wnętrz.
Ulica Charlesa Bukowskiego była ulicą wziętą prosto ze snów Saszy. Gdy zamykał oczy, stał na płytkach chodnikowych tuż przy długim sznurze kawiarni. Wszystko: szyldy reklamowe, uliczny bruk i niebo miało kolory pastelowe. Nad malowniczymi wejściami widniały fantazyjne nazwy. „Honeymoon”, „Herbaciana chwila”, „Jak u mamy”. Nie zabrakło nawet knajpy „U Ginsberga”, przed którą właśnie stanął Sasza. Zastanawiał się, czy przekraczać ten próg. Dookoła niego było mnóstwo innych, bardziej ekskluzywnych opcji – nie jedna restauracja czekała na niego, jako na najważniejszego klienta. Dziś jednak nie chciał być traktowany wyjątkowo. Pragnął zniknąć, wtopić się w tłum i napić porządnego, czeskiego piwa. „U Ginsberga”, właśnie. Nieśmiało chwycił za klamkę i uchylił drzwi. W środku panował gwar, mężczyźni siedzieli przy stolikach, śmiejąc się rubasznie i poklepując piersiaste kelnerki po pośladkach. Pili piwo z wielkich kufli, a jego krople wsiąkały w ich bujne brody. Gdzieniegdzie można było spotkać samotnego człowieka, pijącego do lusterka z przekonaniem, że to najlepszy z możliwych towarzyszy.
Sasza wszedł niepewnie do środka. Nie miał żadnych podstaw, aby czuć się nieswojo, w końcu znajdował się w swoim własnym wyobrażeniu, pod prywatnymi powiekami. Kto jednak z nas potrafi w zupełności oswoić się ze swoim umysłem? Zapewne niewielu. Sasza nie był jednym z tych szczęśliwców. Tak więc niepewny swojej własnej psychiki, podszedł wolnym krokiem do baru. Powitała go atrakcyjna, skąpo odziana kelnerka. „To co zwykle?” – zapytała, choć był tu pierwszy raz. Skinął głową. Dostał wypełniony po brzegi bursztynowym płynem gruby kufel, niczym prosto z Octoberfestu, prawdziwie niemiecki. Brakowało tylko smażonej kiełbasy skąpanej w tłuszczu, aby ten mógł (tak samo jak alkohol) wsiąkać w brody grubych panów, którzy go otaczali. Sasza wypił łyk piwa i rozejrzał się raz jeszcze dookoła. Chyba tu nie pasował. I choć mogło się to wydawać dziwne, faktycznie czuł się obco, wśród stworzonych przez siebie samego i jakby na własne potrzeby ludzi. Zabawne. Śliczna kelnereczka wlepiła w niego swój piwny wzrok.
- Co robi tutaj ktoś taki jak ty? – spytała – Nie pasujesz tu, wyglądasz niezdarnie z tym kuflem w ręku. Jakbyś miał się złamać pod jego ciężarem. Na ulicy Charlesa Bukowskiego nie możesz narzekać akuratna brak możliwości, dlaczego przyszedłeś akurat tutaj? „Herbaciana chwila” jest bardziej w twoim stylu, prawda?
Przez chwilę Sasza milczał, nie chciał nic mówić. Był zły. Nawet we własnej wyobraźni nie potrafił uczynić z siebie kogoś, kim chciał być. Dlaczego ta głupia dziewczyna zwraca się do niego w taki sposób, podstawiając mu jednocześnie swój ogromny biust pod nos? Chciał chwycić ją za rękę, zaprowadzić gdzieś i pokazać, że jest bardziej stuprocentowym mężczyzną, niż te wszystkie siedzące dookoła, zarośnięte skrzaty. Udowodnić, że ma w sobie więcej testosteronu niż którykolwiek z brzuchatych konsumentów alkoholu.
Oczywiście zagryzł tylko wargi, wpatrując się w jej połyskujące od potu, zaokrąglone ciało. Przechylił kufel do dna w ciągu krótkiej chwili. Spojrzał na kelnerkę i zapytał o jej imię. Nadia. „Ładnie – powiedział – jak na Amerykankę. Ja jestem Sasza. Ty też ze wschodu?”. Potwierdziła. Nie trzeba była więcej. Dotknął jej opalonej, kalifornijskiej skóry i razem wyszli z lokalu.
On nie pasował do knajpy „U Ginsberga”. A ona? Tylko pozornie, żadna Rosjanka nie mogłaby szczerze oddać się amerykanizacji. Przeszli się ulicą Charlesa Bukowskiego. Przystawali przy oknach, czytali nazwy kolejnych restauracji. „Słodka Chwila”, „Zakątki Świata” czy „Bella restauranta” nie dziwiło ich. Wzrok powoli spływał z napisach i koncentrował się na rosyjskich oczach drugiej osoby. Nie były pastelowe, miały w sobie dużo więcej prawdy niż wszystko, co ich teraz otaczało.
Sasza zapadł się w tą prawdę. Tak bardzo, że nie potrafił już wierzyć w istnienie ulicy Charlesa Bukowskiego. Otworzył swoje zaciśnięte do tej pory oczy, a w nie uderzał rzęsisty deszcz. Okrągłe ciało Nadii zostało w świecie wyobraźni, gdzieś pomiędzy restauracjami na wyimaginowanej ulicy. Realne pozostały jedynie jej piwne oczy, którymi spoglądała na niego jakaś niewielka kobietka, walcząca z łamiącą się parasolką made in China. Podszedł bez wahania i zapytał:
- Pomóc ci?
Restauracje